Rozproszone

0.00 Średnia ocena0 Głosów
Wydawnictwo: Więź
Gatunki: publicystyka
Autorzy:
Numer katalogowy: 0000009845
Ten grubaśny zbiór wyszedł niedawno, i składa rozproszone w różnych czasopismach teksty Józefa Czapskiego, człowieka, który chyba nigdy nie skoczył nikomu do gardła. Łagodność Czapskiego była regułą z wyjątkiem, którym bezwzględnie była sprawa katyńska, czy próba kwestionowania istnienia sowieckich obozów koncentracyjnych. Tu litości nie było. Na tom składa się kilkadziesiąt krótkich, publikowanych głównie w "Kulturze" paryskiej, recenzji z książek, wystaw, wspomnień o pisarzach, politykach, malarzach zmarłych czy wspominanych niekoniecznie z powodów funeralnych. Uderza właśnie łagodność, ale i niezwykła ciekawość i dociekliwość, z jaką oglądał pejzaże zarówno żywe, jak te namalowane czy opisane.
Pomysł, by dziś wątpić w sowieckie autorstwo mordu katyńskiego, może wpaść do głowy najwyżej garstce niedobitych stalinowców pod każdą zresztą szerokością geograficzną, nie tylko tą, na której leży Rosja. Dzisiejszy maturzysta nie ma w tej sprawie żadnego dylematu, ma po prostu wiedzieć, że to byli Sowieci. W trakcie mojego chodzenia do szkoły oficjalny pogląd na Katyń zmieniał się. Gdy zaczynałem się historii uczyć, o Katyniu na wszelki wypadek w szkole za wiele nie mówiono, jakieś nieśmiałe brednie o Niemcach, potem tę wersję moi nauczyciele proweniencji mocno pezetpeerowskiej zaczęli uważać za nie do przepchnięcia i woleli po prostu w tej sprawie milczeć, by się nie ośmieszać. Wszystko to było stosunkowo niedawno, co dziś wydaje się jakąś prehistoryczną gawędą, choć nie jestem bardzo stary. A teraz pomyślmy sobie, że nie jesteśmy w Polsce Jaruzela, Gierka, ba, Gomułki czy - o zgrozo - Bieruta, ale w przepięknej Francji pachnącej konwaliami, bagietką czy Bóg wie czym. Jest rok 1950 w państwie demokratycznym, choć daleko jeszcze było do rewolucji obyczajowej, która przyniosła ulgę w postaci pigułki antykoncepcyjnej, a z której naród francuski dumny jest, jak my z Monte Cassino